Czy rankingi są potrzebne?

Rankingi są potrzebne! W „Gazecie Szkolnej” w tekście zatytułowanym „Rankingi szkół czyli wyścig do nikąd” wygłasza niesłychanie emocjonalną filipikę przeciw rankingom szkół. Przy okazji atakuje jeszcze profilowanie klas oraz parę innych rzeczy, ale to już zupełnie inna historia. W moim przekonaniu jest to walka z wiatrakami, a rankingi spełniają pożyteczną rolę, co nie znaczy, że nie można ich ulepszać. Zacznijmy od adresata filipiki. Kto więc miałby dać się przekonać, że rankingi są be i albo przestał je robić albo wręcz ich zakazał? Rankingi szkół organizują i robią dziennikarze. A robią bo istnieje popyt na wiedzę o efektach i jakości kształcenia w poszczególnych szkołach. Popyt ze strony rodziców kandydatów do tych szkół i samych kandydatów. Przy czym dotyczy to nie wszystkich kandydatów bądź ich rodziców, a tych chcących najlepiej rozwinąć swoje czy swojego dziecka talenty (i na dodatek czytających gazety!). Zwłaszcza zaś te, które pozwolą mu w przyszłości wykonywać interesującą pracę i (to w gospodarce rynkowej nie może dziwić!) zarobić na godziwe życie. Tych rodziców i uczniów nie interesuje wkład pracy nauczycieli, formalna poprawność szkoły, praca nad uczniami upośledzonymi społecznie!. Ich interesuje informacja, że w interesującej szkole można uzyskiwać wysokie osiągnięcia w wybranej dyscyplinie bądź w egzaminach. A to znaczy, że sprzyja temu zarówno środowisko (równie zdolni i zmotywowani koledzy) jak i sama szkoła (nauczyciele (przynajmniej niektórzy, bo to wcale nie jest częste) chcący i umiejący ich zdolności rozwinąć). Znaczy to również, że uczeń zdolny i ambitny nie jest szykanowany i bity w szkole przez kolegów za „zawyżanie poziomu”, a takie zjawisko jest coraz częstsze w szkołach rejonowych. Skoro na rankingi jest podaż i popyt, to któż miałby je zlikwidować i w jaki sposób? Dlatego uważam filipikę J.C. za walkę z wiatrakami. Rankingi robią dziennikarze i redakcje, a ich możliwości są ograniczone. Chyba maksimum tego co może zrobić prasa dla obiektywizacji klasyfikacji robi się w rankingu liceów „Perspektyw” i „Rzeczpospolitej”. I z punktu widzenia informowania rodziców i kandydatów o wybranych szkołach spełnia on, jak sądzę, swoją rolę. Tak na marginesie, jaki sposób zdobycia informacji o wybranych szkołach zamiast rankingów poleciłaby kandydatom J.C. Z punktu widzenia oceny szkoły rankingi prasowe mają istotną wadę – nie uwzględniają jakości uczniów, którzy do danej szkoły trafiają. Oczywiście nie jest to mankament w przypadku porównywania w Warszawie kilkunastu, w innych wielkich miastach kilku renomowanych liceów. Trafiają do nich kandydaci o podobnych możliwościach i tylko od umiejętności i zaangażowa-nia nauczycieli zależy ostateczny wynik. Ranking, który by to uwzględniał mogą łatwo stworzyć władze oświatowe korzystając z bazy danych OKE. Wystarczy by każda szkoła ponadgimnazjalna i każde gimnazjum zostało zobligowane do przekazania OKE listy uczniów klas pierwszych wraz ze numerami i od razu będzie wiadomo, z jaką średnią wyników ze stosownego sprawdzianu uczniowie do danej szkoły trafiają. A to pozwoli porównać postępy poczynione przez uczniów w poszczególnych szkołach. Taki ranking mogą jednak przeprowadzić tylko władze oświatowe – to one mogą wydać polecenie szkołom przekazania do OKE list pierwszaków i to one mogą zobowiązać OKE do wykonania odpowiednich obliczeń. (Inny sposób uwzględnienia typu uczniów z jakimi szkoła pracuje widziałem w (większym od Polski) amerykańskim stanie(nie mieście) Nowy Jork – tam wyniki egzaminów uczniów danej szkoły porównuje się nie tylko do wszystkich szkół stanu, ale również do szkół o podobnej kwocie zapomóg z pomocy społecznej przypadającej na jednego ucznia.) Władze oświatowe jednak, tak jak J.C. głoszą, że rankingi są be i wobec tego lepiej pozwolić robić je prasie, a potem narzekać, że ta ostatnia robi to nieobiektywnie. Od rankingu bowiem lepszy jest wizytator, który sprawdzi czy szkoła stworzyła obowiązkową górę papierów i czy realizuje aktualny „Program doskonalenia oświaty w …”. Bo tylko papier, a nie jakiś tam uczeń i jego rozwój się dla tych władz liczą! Przy okazji filipiki przeciw rankingom stawia J.C. tezę wręcz obraźliwą dla nauczycieli , którym chce się (to ważne, bo ani system nagród, ani awansu, ani uzyskanie większej pewności zatrudnienia do tego nie zachęcają) dobrze pracować, osiągać rzeczywiste a nie papierowe efekty pracy, odkrywać i rozwijać zdolności swoich uczniów.Teza J.C. jest taka oto :”Efekty pracy nauczyciele i szkoły zależą wyłącznie od uczniów z jakimi pracuje i od warunków pracy, a nie od jego umiejętności i zaangażowania.” Efektownym dowodem ma tu być przeciwstawienie gimnazjów rejonowych i tych pozarejonowych przy liceach. Te ostatnie mają lepsze wyniki ponoć wyłącznie dzięki znakomitej młodzieży, która do nich trafia. Otóż po pierwsze wyniki gimnazjów(zarówno sprawdzianów jak i konkursów przedmiotowych) przy liceach są różne ! I wcale niekoniecznie skorelowane z renomą liceum, przy którym dane gimnazjum działa. Musi być więc cos jeszcze, co decyduje o wynikach. I tym czymś jest właśnie jakość pracy nauczycieli tych gimnazjów! Wracając do przeciwstawienia gimnazja rejonowe – ponadrejonowe. Moja córka kończyła rok temu jak najbardziej rejonowe liceum Na Twardej w Warszawie, więc znam tą szkołę nienajgorzej. I jej rejon z mieszczącymi dosłownie wszystko blokami osiedla Za Żelazną Bramą również! A więc to rejonowe gimnazjum ma wyniki znacznie lepsze od wyników większości gimnazjów ponadrejonowych. Pisze J.C. o sposobie na ranking – zrobić w szkole eksperyment, dzięki któremu będzie miała klasy liczące 20 uczniów, na dodatek podzielone na grupy. Otóż wymyślenie i zorganizowanie(a to oznacza również przebycie gigantycznego biurokratycznego toru przeszkód !)w szkole eksperymentu i to takiego jeszcze by organ prowadzący zgodził się na klasy liczące po 20 uczniów, wymaga bardzo dużo i pomysłowości i wiedzy i zachodu. I w tym chociażby jest jakaś zasługa eksperymentatorów, którym chciało się chcieć! Ale przecież nie wielkość klasy decyduje! W rankingu warszawskim J.C. znajdzie wiele niepublicznych gimnazjów, w których klasy są znacznie mniej liczne niż dwudziestoosobowe, a które mimo to wyniki mają wręcz kompromitujące. A przecież, w przeciwieństwie do gimnazjów rejonowych, nie chodzą do nich dzieci z rodzin patologicznych! Choćby z tego powodu, ze ich na taką szkołę nie stać! Najbardziej jednak spektakularny dowód, że bez umiejętności i zaangażowania nauczyciela samo posiadanie w klasie czy szkole zdolnych uczniów nie wystarcza do odniesienia sukcesu można znaleźć w tzw. olimpijskich liceach z rankingu „Perspektyw” i „Rzeczpospolitej”. Otóż żadna z tych szkół nie odnosi powtarzalnych olimpijskich sukcesów we wszystkich przedmiotach, a jedynie niektórych. Tych mianowicie, w których ma ona nauczycieli, którzy chcą i potrafią takie sukcesy osiągać. Inni nauczyciele, mając dyspozycji tę samą młodzież i wszystkie atuty szkoły (wyposażenie, renomę, położenie)sukcesów jakoś nie odnotowują. Znam liceum (specjalność – języki), w której fizycy wychowali w ciągu ostatnich 20 lat 10 laureatów i przynajmniej 20 finalistów swojej olimpiady. A chemicy (czy raczej chemik) nawet jednego finalisty się w tym czasie nie dorobili. A przecież młodzież mieli tę samą! Ktoś może powiedzieć, że łatwo się madrzyć pracując w renomowanej szkole ze zdolnymi uczniami. Tak się jednak składa, że w latach 1980-86 pracowałem w warszawskim Norwidzie, który ani wówczas ani obecnie do renomowanych nie należał. W tym czasie dwóch uczniów z mojej wychowawczej klasy (matematyczno-fizycznej rzecz jasna) zostało w roku 1985 laureatami Ogólnopolskiej Olimpiady Fizycznej(były w tym roku 2 szkoły w Polsce z takim wynikiem!). Na przekór tezom J.C. o zgubnym wpływie klas profilowanych na rozwój ucznia jeden z nich na dodatek znalazł się w pierwszej szóstce konkursu „Życia Warszawy” na prace maturalną z języka polskiego. Oczywiście, zgodnie z profilem klasy, poszedł na politechnikę. Dziś jest szefem pionu badawczego w dużej międzynarodowej firmie softwarowej. Do tej klasy przyjmowano bez żadnej selekcji (był niż demograficzny), a jeden z przyszłych laureatów OF trafił tam ze względu na daltonizm (chciał iść do zasadniczej szkoły elektronicznej)! W tym samym okresie kolega fizyk wychował jednego laureata i jednego finalistę olimpiady, a chemiczka jednego finalistę. Pozostali nauczyciele nie osiągnęli niczego! Za to wielu często mówiło o tym, że z tą młodzieżą to się nie da! Tak, znacznie łatwiej jest poszukać sobie usprawiedliwień i deprecjonować cudze sukcesy niż samemu wziąć się do pracy. Przytoczone przez J.S. argumenty przeciw rankingom to żelazny repertuar tych, którym się nie chce! Najlepiej żeby kuratorium przydzieliło losowo uczniów do szkół, nagrody zaś przyznawano na podstawie stażu na tej katordze zwanej szkołą! Rankingi są potrzebne. Ich wyniki dają satysfakcję dobrze (co znaczy efektywnie!) pracującym nauczycielom i szkołom. Pozwalają wychwycić ich w morzu pozorantów i samochwalców.Wzmacniają też pozycję dobrego( =efektywnego) nauczyciela w szkole. Wbrew twierdzeniom leniwych pozorantów(najłatwiej pozorować pracę wychowawczą!) dobre relacje pomiędzy nauczycielem a uczniem mają na osiągnięcia nauczyciela i szkoły niezwykle znaczący wpływ. A te relacje to właśnie owoce efektywnej pracy wychowawczej! Zgadzam się, że rankingi mogłyby być robione lepiej z punktu widzenia oceny szkół. To jednak zależy od woli władz oświatowych, które konsekwentnie preferują biurokratyczne narzędzia kontroli szkół (ach, ileż to etatów!!!). J.C. chciałbym zadać fundamentalne pytanie: ”Co zamiast rankingów?” Skąd kandydaci i ich rodzice mają czerpać informacje o szkołach, wśród których wybierają? Z plotek? Z tych laurek, które szkoły same na swój temat wypisują? Z autopromocji, jaka wiele szkól prowadzi korzystając z dojść do mediów? A przecież szkoły nie są jednakowe, i kandydaci powinni wybierać szkołę, która najlepiej pasuje do ich ambicji, możliwości, zdolności, upodobań! Nauczycieli i dyrektorów trzeba nagradzać, awansować, ale i degradować bądź zwalniać! Ta praca jest bardzo złożona, a wiele jej elementów pozostaje poza zasięgiem efektywnej kontroli! Na podstawie czego to robić? Na podstawie góry wyprodukowanych papierów? Estetycznie prowadzonego dziennika? Biurokratycznej procedury zwanej mierzeniem jakości pracy

szkoły (wizytator odptaszkowuje kolejne punkty !) ? Posiadanych zaświadczeń o ukończonych kursach? Urzędniczego widzi mi się z 1-2 godzin hospitacji? Układów zainteresowanego? Stażu pracy? Może więc jednak mierzalne efekty pracy, których odzwierciedleniem są rankingi to lepsze narzędzie! Zwłaszcza gdyby je udoskonalać i nie pozostawiać wyłącznie w ręku zainteresowanych osiąganiem swoich rynkowych celów dziennikarzy!Włodzimierz Zielicz


Podstrony